Return to site

Zawód. Rozczarowanie

 

Kamil Fejfer o swojej książce "Zawód"

· rynek pracy,praca,osoby młode

Rozczarowanie. To chyba jedna z najczęstszych emocji, której doświadczają młodzi ludzie na rynku pracy.

Od dzieciństwa byliśmy przyzwyczajani do myślenia, że dobra edukacja da nam dobre zarobki. Od lat 90-tych słyszeliśmy to od polityków, od ekspertów, mówiono o tym w mediach i w szkołach. Mówiło się o tym w domach. Szkolne starania miały przynieść nam (wy)godne życie zgodnie z zasadą: „ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz”. Tak mówili nauczyciele, ciocie i wujkowie. Część złośliwych dzieci dopowiadała: „jak zdobędziesz wszystkie klucze, zostaniesz woźnym”. Coś w Polsce poszło nie tak, bo okazało się, że to dzieci miały rację.

Od stycznia do lipca 2016 roku pracowałem nad książką „Zawód”, która miała uchwycić losy osób młodych na rynku pracy. Pokazać, że za cyframi w statystykach istnieją konkretni ludzie, którzy mają konkretne problemy, konkretne historie, konkretne marzenia, których horyzont realizacji ciągle się oddala.

Kondycja pokolenia pokiereszowanego przez polski rynek pracy

Jestem bardzo sceptyczny wobec wielkich słów i dużych kwantyfikatorów. Mam wrażenie, że jeżeli ktoś nazywa jakieś pokolenie, to zazwyczaj więcej zdradza o samym sobie niż o opisywanej grupie. Mimo tego dystansu wydaje mi się, że jest cecha wspólna dla wielu bohaterów mojej książki: ratownika medycznego, dziewczyny, która stażowała w korporacji, dziennikarki, wykształconej psycholożki, tłumacza, dziewczyny, która jest badaczką kultury. Te uczucie nie jest obce mnie i bardzo wielu moim znajomym. Do tej pory jednak każdy (z nas) przeżywał je sam i sądził, że to jego jednostkowy problem. To coś to wrażenie nie tyle rozczarowania, ile niewystarczalności. Niemal każdy z bohaterów wykonywał swoją pracę w sposób co najmniej prawidłowy, część w sposób wręcz wybitny. Mieli więc poczucie dobrze wykonywanego zawodu. Z drugiej strony niewielkie pieniądze i niestałość zatrudnienia ciągle odbijały się pytaniem „czy ja się przypadkiem co do siebie nie pomyliłem?”, „Może rację ma rynek, który nie pozwala mi normalnie żyć”.

Ci ludzie czasami zarywają noce, często pracują po 10 i więcej godzin dziennie. Tylko po to, żeby starczyło im od pierwszego do pierwszego. Wydaje mi się, że to jest kondycja pokolenia pokiereszowanego przez polski rynek pracy – coraz bardziej sprekaryzowany, dla młodych nieprzyjazny, niedający jasnej ścieżki kariery, miotający młodych pracowników od jednej kiepskiej pracy do drugiej.

To nie jest tylko przypadek i dowód anegdotyczny. Na to są cyferki. Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia wśród młodych w IV kwartale 2016 roku wynosiła 15,8 proc. i była niemal trzy razy wyższa niż wśród niemłodych.

Według portalu Wynagrodzenia.pl zadowalająca pensja dla studentów po skończeniu studiów na kierunkach technicznych wiodących ośrodków akademickich w 2015 roku wynosiła od 2300 do 4000 zł na rękę. Przy takich wynagrodzeniach stawki brutto wynosiłyby od 3200 do 5650 zł. Ta druga kwota jest wyższa od średniej krajowej (którą zarabia maksymalnie ok. 30 proc. pracowników) prawie o półtora tysiąca złotych.

Część osób oczekuje, że wszyscy powinni mieć długie pazury i iść przez życie jak przez dżunglę​

Po innych kierunkach studenci w pierwszej pracy chcieli zarabiać od 2770 brutto do 4210 zł brutto. Ta druga to niemal średnia krajowa. Większość z nich po studiach rozbije się o mur polskiego rynku pracy. Będą musieli ograniczyć swoje aspiracje płacowe o kilkadziesiąt procent. Wielu z nich po dekadzie na rynku będzie zarabiać mniej niż sądzili, że dostaną w pierwszej pracy.

Do tego dojdą często toksyczne relacje pracodawca- pracownik, gdzie ten pierwszy z uwagi na niedostateczną kontrolę instytucjonalną będzie wymagała pracy po godzinach bez zapłaty. Według raportu PARP i Uniwersytetu Jagiellońskiego 10 proc. pracowników w wieku do 30 lat będzie pracowało albo na śmieciówkach, albo w ogóle bez umowy. Według GUS przeszło 80 proc. umów cywilno-prawnych jest zawieranych w takiej formie ponieważ wymusza to pracodawca. Podobnie jest z niemal dokładnie połową działalności gospodarczych. W Polsce jest tak dużo mikro-firm, ponieważ pracodawcy zmuszają pracowników do przejścia na samozatrudnienie, aby przyciąć swoje koszty. Sytuacja bardzo dużej części pracowników (nie tylko młodych) streszcza się w tytule najnowszej książki Rafała Wosia, „to nie jest kraj dla pracowników”.

Część krytyków zarzuca osobom, które są bohaterami reportaży książki „Zawód”, że czegoś im brakuje – siły przebicia, cierpliwości, uporu. Zamiast starać się bardziej tylko narzekają. Narzekają dlatego, że czują, że coś poszło nie tak. Część osób oczekuje, że wszyscy powinni mieć długie pazury i iść przez życie jak przez dżunglę. Ale nie we wszystkich krajach należy być drapieżnikiem, żeby normalnie żyć. Nie uważam, że czegoś brakuje bohaterom „Zawodu”. Uważam, że czegoś brakuje Polsce.

Kamil Fejfer

All Posts
×

Almost done…

We just sent you an email. Please click the link in the email to confirm your subscription!

OKSubscriptions powered by Strikingly